niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział 17 cz.2 - Tak...

Rozdział później, niż zapowiadałam z powodu nieoczekiwanego wyjazdu na wieś. Bez zbędnego pisania, zapraszam do lektury
__________________________________________________________________________
- Ana!! - krzyknęłam. Postać odwróciła się w moją stronę, jednak była za daleko, żeby stwierdzić, czy mnie zauważyła. Najszybciej jak mogłam zaczęłam biec w stronę budynku na którym stała, jednak w połowie drogi ona...

Ona po prostu runęła w dół.

Przystanęłam, gdy uderzyła o ziemię. Nie było szansy, żeby przeżyła upadek z ósmego piętra. Skierowałam swój wzrok na dach, na którym przed chwilą stała. Była tam jeszcze jedna postać. Podbiegłam bliżej, jednak zdążyłam stwierdzić tylko, że był to mężczyzna. Uciekł. Podeszłam do jej ciała i nachyliłam się do klatki piersiowej. Nie oddycha. Wyciągnęłam komórkę i raczej z zasady zadzwoniłam na pogotowie. Nie spodziewałam się, żeby żyła.

Gdy pogotowie zabrało jej ciało, myślałam, że się rozpłaczę. Ale nie. Z moich oczu nie popłynęła nawet jedna łza. To wszystko nie docierało do mnie. Czułam się jak bierny obserwator, który nie był z nią związany. Czy to przez ostatnie wydarzenia, czy nigdy nie byłyśmy sobie tak bliskie jak myślałam?

Kilka godzin później w szpitalu zjawił się policjant, który zabrał mnie na komisariat. Posłusznie za nim poszłam, chociaż wiedziałam, z jakim wiąże się to ryzykiem. Na pewno będzie chciał zadzwonić do moich rodziców. I co mu powiem?

" Niestety, nie mogę podać panu telefonu do mojego ojca, ponieważ pół roku temu od niego uciekłam".

Jednak nie myślałam o tym teraz. Nic się już nie liczyło. Byłam wrakiem człowieka. Nie myślałam, po prostu posłusznie usiadłam na fotelu w jakimś gabinecie.

- To tu zadzwoniłaś po pogotowie? - zapytał. Podniosłam na niego oczy. Przede mną siedział facet po czterdziestce w służbowym uniformie.

- Tak.

- Rozumiem. Jak się nazywasz, ile masz lat, gdzie mieszkasz? - odpowiedziałam na pytania zgodnie z prawdą. Nie miałam siły kłamać.

- Ta dziewczyna nazywa się Frei Annie. Znasz ją? - kiwnęłam głową.

- To moja prz.. koleżanka ze szkoły - policjant zanotował coś w notesie.

- Dobrze. Opowiedz mi proszę, jak to się stało? - tu zwiesiłam głowę, jednak zaraz ją podniosłam.

- Byłam na spacerze, gdy zauważyłam ją stojącą na dachu bloku. Krzyknęłam do niej, a ona po prostu zleciała z tego budynku. Zauważyłam tylko jakiegoś chłopaka, który uciekł, gdy przybiegłam.

- Dobrze. To wszystko, co chciałem wiedzieć. Możesz już iść - już miałam wychodzić, gdy zawrócił mnie:

- Czekaj. Nie powinnaś sama wracać. Masz kogoś, kto mógłby po ciebie przyjść? - przełknęłam ślinę. Trybiki w moim mózgu zaczęły pracować w celu znalezienia kogoś, kto nie jest moim rodzicem i mam do niego numer.

- Ee.. tak, przyjaciela. Też ją zna, powinien wiedzieć.

- Zadzwoń po niego - skinęłam mu głową. Tym razem udało mi się wymknąć. Stanęłam w korytarzu i włączyłam komórkę. Z kontaktów wybrałam numer Lysandra i zadzwoniłam.

- Halo?

- Siema. Jestem pod komisariatem, samej mnie nie wypuszczą, a poza tym nie wiem jak się  stąd idzie do mnie, przyjdziesz?

- Pod komisariatem..?

- Opowiem ci jak przyjdziesz, Ok?

- OK, zaraz będę.

Po kilku minutach zobaczyłam Lysandra zbliżającego się do posterunku. Pomachałam mu i skinęłam policjantowi.

- Haruka, co się stało? Czemu..

- Ana.. ona.. - zwiesiłam głowę - ..nie żyje - te słowa z trudem przeszły mi przez gardło.

- Oh. Ja..

- Nie musisz mówić, że ci przykro, nie znałeś jej - białowłosy skinął głową - Nie musisz mnie odprowadzać. Poradzę sobie.

- Nie szkodzi. Nie powinnaś być teraz sama. Jest ktoś w domu? - troska w jego głosie jeszcze bardziej mnie dobija. Nie nie ma nikogo w domu, uciekłam pół roku temu, bo mój ojciec chciał, żeby zabijała. Taka prawda.

- Nie. Od dzisiaj mieszkam sama.

- Rozumiem - zapanowała cisza. Było mi to na rękę, nie miałam wtedy ochoty gadać - Swoją drogą to gdzie mieszkasz?

- Na Royal Sqare 15. Wiesz, jak się stąd idzie?

- Chyba tak - na tym właściwie skończył się nasz dialog. Szliśmy tak około piętnastu minut, aż Lysander powiedział:

- To chyba tutaj - podniosłam głowę. Faktycznie znajdowaliśmy się przy moim mieszkaniu.

- No to do zobaczenia w szkole.

- Czekaj, Haruka! - odwróciłam się - skoro i tak jesteś sama, to może.. - to na chwilę przerwał, jakby nie wiedział, czy mam dalej mówić - może wpadniesz do mnie na wigilię? - zaskoczył mnie.

- Nie będę się wtrącać. Wigilię je się zazwyczaj z rodziną.

- Jestem tylko ja, mój brat i jego narzeczona - i to jest argument.

- Może. Ale nie wiem nawet, gdzie mieszkasz.

- Czekaj - to mówiąc, wyciągnął z kieszeni jakąś kartkę i napisał na niej swój adres - Jeśli się zdecydujesz, to przyjdź na siedemnastą - podał mi kartkę. Przeczytałam adres i schowałam ją do kieszeni.

- Zastanowię się - kiwnął głową i rozeszliśmy się. Weszłam na klatkę schodową, a później do mieszkania. Zaraz po wejściu ogarnęła mnie chęć rzucenia tego wszystkiego i ucieknięcia jeszcze raz.

Pokręciłam tylko głową.

Rozebrałam się, wzięłam ręcznik i poszłam do łazienki. Gorąca kąpiel dobrze mi zrobi.